Albo raczej: problemy z nadmierną ochroną danych (osobowych?). Tak, wpis oczywiście dotyczy niedawnej decyzji GIODO z dnia 27 maja 2008 r. (znak: DOLiS/DEC-314/08/13239,13245), w której uznano ostatecznie, że „informacje o imieniu i nazwisku Skarżącego, w połączeniu z informacjami o nazwie i adresie szkoły podstawowej oraz oznaczeniu klasy, do której uczęszczał, wraz z jego wizerunkiem z 1978/1979 roku” wymagają „zaangażowania niewspółmiernych kosztów, czasu lub działań” dla „powiązania ww. sekwencji informacji o Skarżącym – z nim obecnie”, ergo, nie stanowią one danych osobowych. No i polała się fala krytyki.
Wystarczy zresztą spojrzeć na dwa ciekawe serwisy/blogi, które bardzo chętnie odwiedzam, a więc Lege Artis Olgierda Rudaka oraz stronę Piotra Vagli Waglowskiego. Na obu jest bardzo dużo uwag negatywnych, nie aprobujących ani przedmiotowego rozstrzygnięcia, ani – szerzej – efektywności ustawy o ochronie danych osobowych w ogóle. Były też jednak głosy popierające to co powiedział GIODO. Wśród nich byłem i ja.
Nie będę przeklejał tutaj moich wypowiedzi, zresztą nie były one jakoś strasznie rozbudowane. Pisane szybko i bez większego przygotowania, wyrazić miały przede wszystkim moje niezrozumienie dla całego zamieszania. W czym bowiem jest problem, że ktoś może przeczytać na jakimś starym zdjęciu imię i nazwisko jednego z uczniów – tego nie rozumiem. I to nawet niezależnie od tego, czy trzeba dużych nakładów i wysiłku, żeby powiązać tę informację z konkretną dziś osobą, czy nie. Po prostu, po mojemu nie temu ma służyć ewentualna ochrona danych osobowych.
Ja, przyznaję się, nie jestem jakimś strasznym specjalistą od ochrony danych osobowych, nie czytam więc tych wszystkich rezolucji, zaleceń, protokołów itp., chyba że są mi akurat koniecznie potrzebne. Niemniej jednak UODO zahacza poletko moich zainteresowań i czasem coś tam się więcej z tym robi. Wreszcie, niezależnie od wszystkiego, UODO, jak każda inna ustawa powinna być dla ludzi, a tym bardziej dla prawników na tyle dostępna, żeby mogli ją sami próbować zrozumieć. No więc zabrałem się do przypominania tego co się o tym wszystkim uczyłem, co wykorzystywałem i co inni napisali. To nie będzie jakieś nadzwyczajne opracowanie, aczkolwiek na kilka, nawet może banalnych rzeczy, chciałem zwrócić jeszcze uwagę.
Więc, po pierwsze, cel, czy też przyczyna ochrony danych osobowych. Otóż, to że zaczęto wprowadzać (początkowo fragmentaryczne) postanowienia chroniące dane osobowe, nie było to, że ktoś może nie chcieć być rozpoznanym na zdjęciu sprzed lat Pierwsze ustawy w Stanach Zjednoczonych dotyczyły bowiem posługiwania się informacjami udzielanymi w celu uzyskania kredytu. Ciężar gatunkowy, że tak powiem, nieco inny. Podobnie zresztą, jeśli spojrzymy na orzeczenia np. Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, to większość spraw związanych ze zbiorami danych osobowych dotyczyła sfery danych policyjnych, materiałów związanych z bezpieczeństwem państwa oraz dokumentacji medycznej.
Nie chodzi więc już nawet o śmieszność skarżenia się, że ktoś opisał mnie na zdjęciu sprzed lat. Bo jest to, z upływem czasu trudne lub niemożliwe, bo takie podpisywanie jest normalne naturalne etc. Nawet bowiem, jeśli ktoś powiąże te dane z osobą gdzieś tam nadal żyjącą, to … no właśnie co z tego. Czy ma to jakieś porównanie z danymi dla których taką ochronę zdecydowano się wprowadzić? Czy ktoś nie udzieli mu z tego powodu kredytu, a może raczej właśnie dlatego taki kredyt będzie mu się starał wcisnąć? Oczywiście, że nie, dlatego po mojemu to absurd.
Druga rzecz dotyczy relacji miedzy osobą jako taką, a jej danymi, czy też danymi doń się jakoś odnoszącymi. Oto bowiem, co piszą PP. Barta, Fajgielski i Markiewicz we wstępie do komentarza do UODO (J. Barta, P. Fajgielski, R. Markiewicz, Ochrona danych osobowych. Komentarz, LEX, 2007, wyd. IV):
Z kolej ci sami Autorzy, a uwagach do art. 1 ustawy uzupełniają te uwagi o następujące stwierdzenia:
A więc, upraszczając, nie jest tak, że wszystkie dane, które jakoś się do nas odnoszą to nasza własność i możemy z nią zrobić co nam się żywnie podoba (zresztą w naszym nie do końca niestety kapitalistycznym kraju, nawet z najprawdziwszą własnością nie zawsze możemy robić co nam się podoba, a co gorzej inni nam się do tego mogą wtrącać; podobnie przy prawach, które niektórzy traktują jak czystą własność, a inni nie do końca się z tym zgadzają – jak z prawem autorskim – gdzie mamy choćby różne formy dozwolonego użytku). A więc w jakimś stopniu, nawet naszymi danymi inni też się mogą posługiwać. A dodam jeszcze, że wyżej cytowany fragment odnosi się tylko do tzw. aspektu prywatnoprawnego, obok którego jest też „w istocie przeważający – aspekt publicznoprawny. Przetwarzanie danych osobowych poddane jest publicznoprawnej ocenie i regulacji.” (a prócz tego lub w tym nawet są jeszcze takie wartości jak swoboda dostępu do informacji i jej obiegu, także dla innych osób). Dlatego, choć nie uważam, że dane sprzed trzydziestu lat w postaci zdjęcia, połączone z imieniem i nazwiskiem tej osoby pozwalają na łatwą identyfikację tej osoby, to nawet gdyby tak było, to trzeba się pogodzić z tym, że jest to ta część danych, która może być swobodnie przekazywana.
Tak na marginesie zaś, te cytaty powyższe wskazują, posłużenie się danymi osobowymi zasługuje na ochronę wówczas, gdy zakłócałoby stosunek między osobą fizyczną a dotyczącymi jej danymi, według typowych, przeciętnych reakcji. Czy ta obiektywizacja nie przemawia też za przyjęciem założenia, które znalazło się w omawianej decyzji GIODO, że mianowicie „o możliwości identyfikacji osoby powinno rozstrzygać rozumienie informacji przez przeciętnego odbiorcę”?
Ale wracając do rozważań właściwych, że tak powiem, jeszcze jeden cytat (przepraszam że wciąż z tego samego komentarza, ale przez ten weekend nie mam dostępu ani do Internetu, ani do żadnej książki, więc pozostaje tylko to co mam w Lexie), tym razem do art. 6:
Czy więc w ostateczności nie można uznać by uznać przyjąć takiego rozwiązania? Wydaje się ono całkiem zdrowo rozsądkowe. I to nawet jeśli (już) w Niemczech też to zlikwidowali, w ramach walki o lepszą efektywność.
Podsumowując, nie twierdzę, że decyzja GIODO jest wspaniała. Tak jak wiele innych wcześniejszych, z którymi się frontalnie nie zgadzam, może być poddana krytyce – tak z warsztatowego punktu widzenia (chodzi o nieumiejętność cytowania, czy wręcz na w poły świadome, lekkie wprowadzanie w błąd w tym zakresie, jak i ze strony merytorycznej – że można było szukać uzasadnienia może w innych przepisach (choć argument, że trzeba było się powoływać raczej na art. 3a ust. 1 pkt 1 nie do końca mnie przekonuje, już lepiej faktycznie może art. 23 ust. 1 pkt 5 ustawy). Niemniej jednak, uważam, że jakby tego wszystkiego nie uzasadniać, to ten konkretny przykład ze zdjęciem z końca lat siedemdziesiątych, ze zdjęciem klasowym umieszczonym przez kolegów ze szkoły, jest przykładem wynaturzenia celu i przyczyn ochrony danych osobowych i myślę, że o tym wszystkim co powyżej starałem się napomknąć też trzeba pamiętać.

Po napisaniu powyższego tekstu skontaktowało się ze mną dość dużo osób i co ciekawe, poprzez najróżniejsze drogi: przez (nomen omen) naszą-klasę, przez Goldenline, przez gg, pocztę elektroniczną (w tym przez adres któego już zapomniałem że używam), a nawet przez telefon (sic!).
Za wszystkie głosy tak aprobaty jak i krytyki dziękuję. Za wszelkie inne pomysły też (jednym bowiem z kontatków była próba zarejestrowania mnie na Goldenline – przynajmniej tak to zrozumiałem – co miało chyba pokazać, że także osoby trzecie mogą dostarczać inforamcji o nas, ale szczerze mówiąc, nie do końca wiem, co miałoby to zmienić w mojej argumentacji).
Co najciekawsze jednak, jedną z osób, które po tym tekście nawiązały ze mną kontakt, był … sam najbardziej zainteresowany, czyli osoba, któej danymi zajmował się GIODO w opisywanej sprawie. Pan X (zobowiązałem się, że żadnych danych o nim nie udostępnię) poopowiadał mi trochę i poopisywał swoją historię i swoje argumenty. Niestety nie, jak wyżej wspominam, obiecałem, że nie będę ich wykorzystywał, a bez faktycznego ukonktretnienia i dookreślenia stanu faktycznego trudno dalej opisywać … dlaczego raczej mimo wszystko nie zmieniłem zdania.
Tzn. chcę wyjaśnić, że Pan X, jak go tutaj nazywam, nie jest chyba jakimś strasznym pieniaczem i nie robi tej całej sprawy dla zabawy. On faktycznie poczuł się chyba w jakiś sposób dotknięty tym co się stało. Tyle tylko, że zgodnie z tym co piszę, subiektywne przekonanie każdej osoby o naruszeniu prawa do ich danych osobowych nie powinno być prawnie relewante. Innymi słowy, przykro mi, że ten Pan to odczuwa tak a nie inaczej i jeśli dotknęły go z tego powodu jakieś nieprzyjemności (związane z pracą, czy wręcz jej utratą) to można dochodzić odszkodowania/zadośćuczynienia, jeśli wystąpiły ku temu wszystkie pozostałe przesłanki. Ale UODO tu nie ma nic do rzeczy i nadal nie widzę powodu, żeby na podstawie tej ustawy dawać tak daleką, aboslutystyczną ochronę wszystkim danym. Broń boże nie wyśmiewam sytuacji tego człowieka i jeśli został skrzywdzony rzeczywiscie mniej lub bardziej to jakoś to powinno mu zostać wynagrodzone. Ale nie jest dobrą drogą ku temu zablokowanie wszystkim uzytkownikom serwisów społecznościowych wymiany najprostszych informacji o swoich kolegach i koleżankach.
Na zakończenie jeszcze dodam jedną uwagę. Mimo wszystko ten serwis nazywam blogiem, bo czasem, choć pojawiają się tu też w miarę poważne opracowania, to często piszę sobie całkiem luźne przemyślenia, często wysuwam tezy dużo dalej idące niż sam sądze, czesto wręcz specjalnie na przekór piszę coś całkowicie kontrowersyjnego. Zresztą w zakładce „O blogu” chyba to wyjaśniam. Teksty tu pisane, choć są nawet cytowane w poważnych pracach (w tym dwóch magisterskich!) i artykułach publikowanych w poważnych czasopismach są jednak generalnie innego ciężaru niż te, które publikuję w czasopismach, a które można znaleźć w dziale „O mnie”. Posty na blogu nie są też poradą prawną, ani opinią prawną – tych udzielam w ramach pracy w kanclearii bądź w ramach swojej działalności gospodarczej. Proszę o tym pamiętać.
Na zupełnym zaś marginesie – bo to po mojemu nie ma też żadnego w ogóle wpływu na to co napisałem w notatce – mimo iż Pan X podał mi swoje dane, to nie mogę go odnaleźć w naszej-klasie na żaden sposób, czy to przez wyszukiwarkę n-k, czy poprzez inne sposoby. A jak twierdzi Pan X jest tam nie tylko zdjęcie grupowe, klasowe, ale też i jego portret. Tego jakoś kompletnie zrozumieć nie mogę.
ty huju