Czy wyrok sądu I instancji po trzech latach może cieszyć?

Najbardziej oczywista odpowiedź jest taka, ze każdy korzystny wyrok, choćby nie wiadomo po jakim czasie wydany, cieszy. Na pewno bardziej cieszy po pół roku, ale i po trzech latach jeszcze sporo z tej radości zostaje, choć niestety spora część gdzieś „wywietrzała”.

Problem przewlekłości dotyczy każdej zapewne sfery życia i postępowań sądowych. Nie potrafię sobie nawet do końca wyobrazić, jak to wygląda w postępowaniach karnych, ale i w cywilnych są takie, gdzie na pewne rozstrzygnięcia czeka się bardziej niecierpliwie, a na inne mniej. Sprawa, która jest przyczynkiem do niniejszego wpisu należy raczej do tych drugich. Dlaczego? Ano dlatego, że związana była z naruszeniem praw do znaków towarowych i zasad uczciwej konkurencji, poprzez stosowanie opakowań produktów spożywczych, które zdaniem naszego klienta owe prawa i zasady naruszały.

A co w tym nadzwyczajnego? Otóż, jeśli ktoś np. domaga się zapłaty, to czy poczeka dwa czy trzy lata nawet (o ile ostatecznie dostanie pieniądze i nie jest w trudnej sytuacji finansowej), to nie będzie na tym stratny, a z odsetkami będzie to nawet stanowić świetną „lokatę” kapitału. Ale jeśli konkurent produkuje towary, które – Twoim zdaniem – naśladują Twoje towary i opakowania, to każde oczekiwanie przekłada się na na poważne straty, na ugruntowanie pozycji przeciwnika na rynku, etc. Wreszcie (co może najgorsze, a co częściowo miało/ma miejsce w sprawie będącej tutaj tłem), po kilku latach sporu zarówno Ty, jak i Twój konkurent, czy to z uwagi na proces właśnie, czy po prostu z uwagi na potrzeby konsumentów, regulacje prawne, itd, to opakowanie zmieniacie…. Dlatego nawet wygrana po kilku latach może mniej cieszyć, a najgorszym przypadku może być bezużyteczna.

Tak, wiem, można wnieść o zabezpieczenie powództwa. Ale wbrew pozorom sądy wcale nie są chętne do przyznawania zabezpieczeń w sprawach dot. własności przemysłowej, ale nawet gdyby to się udało, to przy niepewności orzeczeń w tej materii w polskich sądach, mogą sobie na to pozwolić zasadniczo tylko wielkie koncerny, które „nie odczują” ewentualnego upadku zabezpieczenia, nawet gdyby miały płacić z tego tytułu odszkodowania.

To, że pewności nie ma wie raczej każdy praktyk. Dla niektórych klientów wciąż to jest niezrozumiałe…. (czemu jednak czasem trudno się kompletnie dziwić).  Zresztą, cały czas wzmiankowana tu w tle sprawa jest tego dobrym przykładem. I na przewlekłość i na niepewność. Pozew został bowiem złożony w 2009 roku. Wyrok sądu I instancji (pierwszy – zob. dalej) został wydany stosunkowo szybko, już w pierwszej połowie 2010 roku. Ale…. Ale był dla nas niekorzystny… Co jednak samo w sobie nie jest niczym nadzwyczajnym. Nie będę tutaj wspominał jakie błędy tam się znalazły, dość że Sąd Apelacyjny w Łodzi uchylił ten judykat, uznając, że w znacznej mierze nie rozpoznano sprawy….

To jeszcze byłoby wszystko w ramach „normy” (co nie znaczy, że to coś fantastycznego). Gorzej było dalej. Oto bowiem, Sąd Okręgowy zaczął rozpoznawać sprawę jeszcze raz. Poznaliśmy nową sędzię, ona poznała nas, a przy okazji i sprawę. Super. Spotkaliśmy się raz czy dwa w przeciągu pół roku („norma”), po czym nastała cisza. Roczna. Po roku dzwonię (wcześniej też dzwoniłem, ale nikt nie chciał mi nic powiedzieć) do sądu i dowiaduję się, że „nasza” sędzia ….. przeszła w stan spoczynku.

No to czekaliśmy na wyznaczenie nowego sędziego bądź sędzię, którego (którą) moglibyśmy poznać, on/ona nas i sprawę, etc. Doczekaliśmy się wezwania. Wezwanie zresztą na 8:30 rano, więc żeby dojechać tego samego dnia, trzeba wyjechać z Bielska koło 4:30. Stawiamy się rano w sądzie, widzimy nowego sędziego, który wita nas rozbrajająco: „z premedytacją wyznaczyłem posiedzenie tak wcześniej, bo liczyłem że nikt nie przyjdzie”…. Poważnie i autentycznie!

No, ale mimo tego dość zaskakującego wstępu okazało się, że w ubiegły czwartek jednak sąd przyznał nam rację. Nie znam jeszcze dokładnie treści wyroku, jak będzie ciekawy, to może tutaj kiedyś wrzucę. Chyba, że okaże się, że się nie uprawomocni, a Sąd Apelacyjny go uchyli i pozew oddali… Albo przekaże do ponownego rozpoznania. O jej! Teoretycznie to możliwe. Może więc za kolejne 3 lata znów opiszę…. wyrok sądu I instancji. Wtedy na rozpoznanie sprawy w pierwszej instancji trzebaby jedynie 6 lat.

Naprawdę, mam nadzieję, że w końcu coś się zmieni. Że sprawy będzie można rozpoznać w ciągu pół roku. No, niechby i roku. I że orzeczenia, niektóre, nie będą oderwane od rzeczywistości i prawa (!) w sposób absolutny. Czas, to z pewnością kwestia połączenia dobrych zmian w prawie z chęcią sędziów (i prezesów sądów i przewodniczących, etc.). Kompetencji niestety prawem zmienić się nie da. Ale może w końcu też, zawód sędziego stanie się „ukoronowaniem” kariery prawniczej, a nie – jak się niektórzy ponuro śmieją – ukoronowaniem zawodu asystenta i referendarza sądowego.

Na zdjęciu ujęcie z teledysku Arka Noego, pt. Mamy czas (teledysk), z płyty „Mamatata mam dwa lata!”, którą ostatnio słucham z moją córką. Nie wiem, czy słuchają tego w sądach….

Orzeczenie Sądu Apelacyjnego w Łodzi z dnia 20 sierpnia 2010 roku (sygn. akt I ACa 486/10), o którym wspominam w tym wpisie dostępny jest w kwartalniku wydawanym przez rzeczony sąd. Można to też pobrać tutaj (to fragment z całego kwartalnika).

Możliwość komentowania jest wyłączona.

« »