Internet na rozdrożu 2.0, czyli kilka mitów o odpowiedzialności za treść w Internecie

Zgodnie z tym co zapowiadałem we wcześniejszym wpisie, udało mi się przybyć na konferencję organizowaną przez Panoptykon, poświęconą zagadnieniom praw podstawowych i regulacji prawnej Internetu, pod ładnie brzmiącym tytułem Internet na rozdrożu. Konferencja się oczywiście odbyła, generalnie pewnie udała, a najważniejsze, że – jak zawsze w takich przypadkach – miło spotkać znajomych (pozdrowienia TR i dzięki za wszystko), poznać nowych (tu pozdrowienia przede wszystkim dla Leszka Widmańskiego), a nade wszystko posłuchać mądrzejszych od siebie.

Można więc powiedzieć: szkoda że Was tam nie było. Dla tych którym to jednak umknęło, albo z innych przyczyn przybyć nie mogli, a częściowo też dla siebie na przyszłość, chciałem krótko co nieco z tego opisać. Na początku miałem nawet plan, żeby napisać wszystko co pamiętałem po kolei jak było. Ale później pomyślałem, że to straszny chaos by był i może nie potrzeba, w czym utwierdziło mnie to, że już się jakieś relacje pokazały (np. Pana Redaktora Edwina Bendyka, który na konferencji był na pewno, czy Pani Moniki Tomkiewicz z Computerworld’u, której jednak nie znam więc poświadczyć jej obecności nie potrafię). Najważniejsze jednak, że dziś widzę, że nie tylko relacje tekstowe są udostępnione, ale również te, zawierające przekaz wideofoniczny. Skoro więc każdy może sobie obejrzeć świetne (według mnie najlepsze z całego dnia, nawet mimo tego, że to problematyka jednak dla mnie nie tak bliska) wystąpienie Caspara Bowden’a, krótkie, dość proste i przewidywalne (acz zasadniczo poprawne) wystąpienie Joe McNamee, czy kontrowersyjne, ale być może najbardziej dla całej konferencji istotne wystąpienie Michała Boniego, to po co o tym jeszcze pisać….

Postanowiłem więc, że napiszę o czym innym, mianowicie spróbuję zebrać te głosy z dyskusji zatytułowanej Jak zagwarantować  „legalność” treści w Internecie, a jednocześnie zachować wolność słowa? i odnieść się do nich możliwie krytycznie. Ułożyłem to jako siatkę „mitów” ale oczywiście nie są one (a na pewno nie wszystkie) mitami, nawet w takim potocznym ujęciu. Po prostu ładniej to brzmi. Poniższe zestawienie stanowi też uzupełnienie tego co sam wczoraj mówiłem, a co z uwagi na strasznie krótki czas nie było możliwe w pełni do przekazania:

1. Sieć jest głupia, sieć nie odpowiada za treść. Za treść odpowiada człowiek.  – to myśl zawarta w prezentacji i późniejszych głosach m.in. dra Wacława Iszkowskiego. Dlaczego umieściłem ten pogląd tutaj? Przecież sieć faktycznie „jest głupia” – powie to każdy informatyk. I za treść odpowiada człowiek, a nie sieć. To oczywista oczywistość. Problem jednak w tym, że informatycy, tak jak dr Iszkowski stawiają tę tezę jako początek i koniec dyskusji. Tymczasem dyskusja o odpowiedzialności za treść w internecie, nie jest wcale dyskusją o odpowiedzialności sieci, ale dyskusją o odpowiedzialności ludzi. Ludzie ci występują jako dostawcy treści (content providers), albo pośrednicy (intermediary service providers). Innymi słowy, prezentowanie poglądu (słusznego!, zgadzam się w pełni!), że „sieć jest głupia” (dump network) ani o jotę nie przybliża nas do problemu.

2. Prawnicy nie twórzcie tyle prawa. Wystarczą stare instytucje – to znów dr Iszkowski. Zarzut nie trafiony z dwóch powodów. Albo i więcej. Po pierwsze, ja, ani większość z obecnych na konferencji prawników nie tworzy prawa. To robią politycy, w szczególności nasi kochani, niedouczeni posłowie. To do nich trzeba mieć (słuszne!, znów się zgadzam!) pretensje. Nie jest też do końca prawdą, że prawnikom zależy na skomplikowanym i obszernym prawie. Nie mówię że jest to reguła, ale osobiście i z doświadczenia wiem, że większość z nas, tak jak większość rozumnych obywateli wolałaby aby ustaw było najwyżej 2 na rok, przy czym każda nie dłuższa niż 5 stron. Po drugie jednak, nie tylko nasi kochani, niedouczeni politycy tworzą nam zbędne i nieudolne prawo, ale robią to też organizacje międzynarodowe, w tym dla nas najbardziej istotna Unia Europejska. Wszak polska ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną to nic innego jak mniej lub bardziej udolna próba transpozycji unijnej e-dyrektywy 2000/31/WE. Więc skąd pretensje do prawników?

A co do starych instytucji… To nie jest tak, jak niektórzy myślą (tu muszę bronić częściowo ustawodawcę), że stare instytucje nie przewidywały(by) odpowiedzialności np. host providerów. Odpowiedzialność pośrednio zawsze była przecież znana, choćby w prawie prasowym. A jeśli nie stosować analogii z prawa prasowego (przecież szalenie niekorzystnej dla usługodawców, choć niektórzy chcieliby ją bardzo jednak wskrzesić), to ich odpowiedzialność kształtowałaby się na zasadzie pomocnictwa z kodeksu cywilnego choćby. W celu wiec zapobieżenia takim sytuacjom, ułatwienia życia internetowym dostawcom usług (a tak naprawdę w celu zapewnienia względnego rozwoju Internetu), wprowadzono różnorodne regulacje, które mają w zamyśle „pomóc” ISP normalnie funkcjonować. To czy zrobiono to dobrze, z poszanowaniem wszystkich praw, wszystkich stron to inna sprawa, ale prawie na pewno nie można powiedzieć, że stare regulacje były lepsze albo że były wystarczające.

3. Obecne prawo jest niedobre, bo nie jest precyzyjne – nie pamiętam niestety którego z dyskutantów są to słowa, ale na pewno padły z sali. Otóż, takie stwierdzenie (dość popularne jako zarzut wobec prawa w ogóle) jest poniekąd sprzeczne z mitem numer 2. „Stare regulacje” były (są) jeszcze bardziej ogólne i mniej precyzyjne. Więc: albo – albo. Najważniejsze jednak, że prawo nigdy nie może być nadmiernie precyzyjnie. Jeśli tak jest, to jest to jego wada. Przykładem precyzyjnego prawa jest prawo podatkowe, które składa się z wielu różnych ustaw, setek pewnie rozporządzeń, wyjątków, szczegółów, wyjątków od wyjątków itd. Czy ISP chcą żeby prawo regulujące zasady ich odpowiedzialności wyglądało jak prawo podatkowe?

4. W USA w przypadku zgłoszenia do ISP naruszenia prawa autorskiego strona jest uniedostępniana błyskawicznie, natomiast w przypadku zgłoszenia naruszenia np. dobrego imienia, nic się nie dzieje, bo ISP mówi: „Ameryka, Pierwsza poprawka, wolność słowa, etc.” – to z wystąpienia mecenasa Macieja Ślusarka. Spieszę jednak wyjaśnić, że nie jest to mit, a co najwyżej mała nieścisłość i bardziej zamieszczam ją tutaj dla wprowadzenia do mitu numer 5. W każdym razie, w USA jest rzeczywiście tak jak mówił to Mecenas Ślusarek, ale nie do końca dlatego, że „Ameryka, Pierwsza poprawka, wolność słowa, etc.”, ale dlatego, że Amerykanie mają coś takiego jak Paragraf 230 ustawy Communications Decency Act, który wprowadza generalne wyłączenie odpowiedzialności ISP, uznając, ze nie mogą być oni traktowani jako wydawcy cudzych wypowiedzi. Wyłączenie to nie dotyczy jednak naruszeń praw własności intelektualnej (do której to odnosi się z kolej Digital Millennium Copyright Act, regulujący zasady odpowiedzialności w Paragrafie 512),

5. Nie zgadzajmy się na procedurę notice and takedown. Jedyne co nas interesuje to całkowite wyłączenie odpowiedzialności ISP. Za treść może odpowiadać tylko content providertakie stwierdzenie może nie padło wczoraj wprost, ale odnosił się do niego m.in. Joe McNamee, zresztą wskazywałem we własnej wypowiedzi, że znane nam było w pełni jego zdanie na temat, jak i zdanie EDRI, ale uważamy to poniekąd za mrzonkę. Ok, w USA jest coś podobnego i tam to funkcjonuje całkiem fajnie, ale u nas …. u nas mamy Unię Europejską i wiążą nas dyrektywy. W obecnym staniem prawnym nierealne jest więc dążenie na poziomie krajowym do całkowitego wyłączenia odpowiedzialności ISP, bo byłoby to niegodne z prawem unijnym. Więc jeśli możemy zrobić coś realnie, to spróbujmy przekonać MSWiA, ogólnie: rządzących i naszych niedouczonych posłów, że wprowadzenie prawdziwej procedury notice and takedown jest małym kroczkiem, ale jednak kroczkiem w dobrym kierunku. Co nie wyłącza oczywiście dwóch rzeczy: 1) że na poziomie europejskim można lobbować o inne roziwązania, 2) że na gruncie polskim można lobbować za rozwinięciem procedury NTD (np. poprzez wprowadzenie obowiązku złożenia sprawy w sądzie, jeśli zgłaszający chce utrzymać blokadę strony) albo za przyjęciem innej – zgodnej z dyrektywą – procedury

6. Obecne prawo jest dobre, nie trzeba wprowadzać np. counter notice, bo np. jeśli ktoś napisze: „[tu wstaw imię i nazwisko] jest [tu wstaw najgorszy epitet]” to co nam da odpowiedź naruszyciela? Że odpowie nam: „tak, [tu wstaw imię i nazwisko] jest [tu wstaw najgorszy epitet]”? Poza tym, kodeks cywilny zakłada domniemanie bezprawności w przypadku dokonania naruszenia dobra osobistego – taka teza pojawiła się w wypowiedzi Piotra VaGli Waglowskiego, ale – przyznaję ze skruchą – albo nie słyszałem całości jego wypowiedzi, albo czegoś nie zrozumiałem, bo nie do końca chce mi się wierzyć, że jest on przeciwny  uregulowania procedury NTD w taki sposób, aby zawrzeć tam też prawo potencjalnego naruszyciela do obrony. Jednak nawet jeśli się mylę i intencje były inne, to podobny argument jest dość często podnoszony. Wobec tego trzeba jasno stwierdzić, że naruszenia prawa w internecie nie sprowadzają się do oczywistych przypadków. Zresztą co to są oczywiste przypadki. Nazwanie kogoś ch…. pewnie tak, ale orzecznictwo Sądu Najwyższego zna np. rozważania na temat tego czy sformułowanie „najbardziej szkodliwy krytyk” mogło naruszyć dobro osobiste, czy nie. Czy to jest wiec oczywista sprawa?A przypominam, że ocena tego czy do naruszenia dobra osobistego doszło, czy nie, znaczenie może mieć też np. zachowanie pokrzywdzonego, standardy przyjęte w danym środowisku, etc. Dajmy więc szansę domniemanemu naruszycielowi aby brak bezprawności spróbował wytłumaczyć. To minimum gwarancji prawa do obrony.

7. Prawo powinni tworzyć raczej ludzie, znający zagadnienia techniczne tworzenia i funkcjonowania Internetu – takie hasło nie padło wprost, ale ma uzasadnienie w świetle wystąpienia przywołanego na początku Caspara Bowden’a, wydaje się, że ma też jakieś oparcie w świetle wypowiedzi dra Iszkowskiego i innych informatyków. Jak jednak starałem się wykazać na przykładzie wypowiedzi Prezesa PIIT, wcale nie jest to dobre rozwiązanie. Co nie znaczy, że dobrym rozwiązaniem jest tworzenie prawa w oderwaniu od wiedzy informatyków. Wprost przeciwnie. W istocie, gdybym miał dziś tworzyć prawo, albo dajmy na to, rozwijać choć moją nie do końca ukończoną analizę, to po pierwsze kazałbym prawnikom sprawdzić, które z alternatywnych rozwiązań jest zgodne z prawem europejskim. Jeśli już bym to wiedział, skonfrontowałbym to z informatykami, którzy mogliby mi np. pomóc ocenić, na ile technicznie możliwe jest rozpoznanie i blokowanie przez ISP wszelkich wirusów i złośliwego oprogramowania (zob. pkt 6.5.6 ww. analizy). Gdybym zaś to wszystko dopiero miał, to z konkretnymi dowodami, pokazującymi skutki i skuteczność różnych rozwiązań (evidence based policy – o czym tak ładnie mówili wczoraj w krótkim wprowadzeniu Kasia Szymielewicz i Marcin Cieślak) przedstawiłbym to naszym niedouczonym posłom i innym decydentom.

Wszelkie uwagi i krytykę proszę przesyłać na maila;)

Możliwość komentowania jest wyłączona.

« »